Jestem Google, mecenas Google!

Jestem Google, mecenas Google!

Odkąd dostęp do Internetu jest powszechny, a Wikipedia wyjaśnia wszystkie wątpliwości świata, popularnym remedium na kłopoty rodzinne, zdrowotne, życiowe stał się niejaki Pan Google. Pan Google może być lekarzem, adwokatem, psychologiem, wskazać najlepszą restaurację w okolicy i najkrótszą do niej drogę.

Dr Google jest bardzo starannie wykształcony. Posiadł nie tylko wiedzę akademicką, ale także praktyczną i chętnie dzieli się doświadczeniami ludzi, z którymi miał do czynienia.

Doktor Google po lakonicznym opisie dolegliwości wskaże jednostkę chorobową i metody jej leczenia – medyczne, zwyczajowe, homeopatyczne i życzeniowe. Szczegółowo wyjaśni, jak leczyć wirusy skórką z cytryny i czerstwym chlebem oraz co zażywać na porost włosów.

Podobnie rzecz ma się z mecenasem Google. Mamy problem – piszemy do mecenasa. I po chwili pojawia nam się szereg informacji i propozycji rozwiązań. To nic, że większość z nich wzajemnie się wyklucza lub jest wewnętrznie sprzecznych, nieaktualnych lub w ogóle nieistniejących. Ważne, że wklepaliśmy pytanie i mamy odpowiedź. Aha, co istotne – mecenas Google stoi frontem do klienta – klient sam wybiera sobie rozwiązanie, które najbardziej mu się podoba – czyste wishful thinking.

Niestety, albo może na szczęście, zarówno doktor jak i mecenas nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje porady.

Dlaczego nie należy wierzyć mecenasowi Google?

Po pierwsze dlatego, że czytając internetowe porady, najczęściej nie mamy pewności, kto za nimi stoi. Czy jest to osoba mająca odpowiednią wiedzę, wykształcenie, czy ma doświadczenie praktyczne? Czy po prostu pisze sobie porady na podstawie swoich, niemiarodajnych opinii.

Po drugie, bez względu na to, jak krytycznie to ocenimy, z lektury samych przepisów niewiele wynika. Aby udzielić kompetentnej porady prawnej, zasugerować skuteczne postępowanie czy rozwiązanie, należy poza znajomością przepisów, mieć wiedzę z zakresu orzecznictwa sądowego, praktyki postępowania, a przede wszystkim należy wiedzieć, jak do danego stanu faktycznego (czyli sytuacji, w jakiej znalazła się potrzebująca osoba) dopasować przepisy. W polskim systemie prawnym nie obowiązuje tak jak w np. w Stanach Zjednoczonych system prawa precedensowego. Podczas rozprawy strona nie wstaje i nie obwieszcza, że powołuje się na sprawę Kowalski przeciwko miastu Pabianice z 1965 r. Nie znaczy to jednak, że orzeczenia sądowe, w szczególności zaś wyroki Sądu Najwyższego, nie mają znaczenia. Orzeczenia wiążą tzw. siłą autorytetu, to znaczy, że jeśli sąd wyższej instancji (okręgowy, apelacyjny a w szczególności Sąd Najwyższy), wydał wyrok, w którym przesądził znaczenie danego wyrażenia, to sąd niższej instancji powinien to wyrażenie tak właśnie rozumieć i w taki właśnie sposób stosować. Przykładem może być określenie „dobra wiara”, które znaleźć można np. w przepisach dotyczących instytucji zasiedzenia nieruchomości. Z samej lektury przepisu – „posiadacz nieruchomości w dobrej wierze” – nie wynika w żaden sposób, czym ta dobra wiara jest. Jednocześnie od tego, czy wiara jest dobra czy zła, zależy okres, po jakim można nabyć w drodze zasiedzenia własność nieruchomości, co wiąże się z doniosłym skutkiem dla tego, kto tę własność nabędzie albo utraci. W takiej sytuacji przydaje się znajomość aktualnego orzecznictwa sądowego. W nim bowiem znajduje się wiele przykładów na to, kiedy daną sytuację należy zakwalifikować jako „dobrą wiarę”, a kiedy nie. Znajomość orzecznictwa zaś wynika z doświadczenia i regularnego praktykowania oraz codziennego zaznajamiania się adwokatów ze zmianami zarówno w przepisach jak i w orzecznictwie.

Mecenas Google w swoich zasobach ma oczywiście wszystko, ale czy potrafi powiązać to w logiczny sposób i skutecznie zastosować? Co się tyczy praktyki – to wydaje się oczywiste – lekarz, który spotkał w swoim gabinecie sto przypadków ospy wietrznej wie, że dzisiaj przyszedł pacjent z różyczką, a nie z ospą. Podobnie jest z adwokatami; wiedzą, kiedy i jaki wniosek dowodowy złożyć, gdzie szukać odpowiednich dokumentów i co w praktyce umożliwi najlepsze zaprezentowanie stanowiska klienta w sądzie. Tej wiedzy nie można nabyć tylko z książek i przepisów kodeksowych!

Czy wiedza z Internetu jest zła?

Oczywiście, że nie! Internet to niewyczerpana kopalnia informacji i wiedzy. W sieci znaleźć można różnego rodzaju źródła zawierające rzetelne informacje, opracowania, porady i jak najbardziej można z nich korzystać. Wielu adwokatów prowadzi blogi z wyczerpującymi poradami z danej dziedziny, chętnie odpowiada na pytania internautów. Na stronach kancelarii, różnych fundacji, organizacji pozarządowych, czy innych stronach branżowych umieszczane są artykuły, opracowania, porady, a nierzadko nawet wzory pism czy umów. Z takich wiarygodnych źródeł można stosunkowo bezpiecznie korzystać. Zawsze trzeba być jednak uważnym, sprawdzać, kto informację opublikował, czy jest ona aktualna i przede wszystkim – czy nadaje się do zastosowania w naszej sprawie.

A Joli się udało!

Korzystając z porad mecenasa Google’a, z których skorzystała już Jola, nie możemy mieć pewności, że załatwimy sprawę z sukcesem. Po pierwsze – skąd wiadomo, że Joli faktycznie się udało? Po drugie, więcej niż pewne jest, że sytuacja Joli była nieco inna niż nasza. Nawet drobna różnica w stanie faktycznym (np. spóźnienie się ze złożeniem pisma o trzy dni) może pociągać za sobą powstanie zupełnie innej sytuacji niż u Joli.

Dlatego warto weryfikować wiedzę nabytą u mecenasa Google’a. W obrocie prawnym nie jest tak, że jeden i ten sam trik zawsze zadziała. Sprawa każdego klienta jest inna, nawet jeżeli z pozoru wydaje się taka sama, jak sprawa Joli.

Zrobiłem tak, jak wygooglowałem

Nie udało się, mimo że postąpiłem tak, jak czytałem w Internecie. No cóż, mecenas Google nie stanął na wysokości zadania. Albo może i doradzał dobrze, ale nie zrozumieliśmy tego, co miał nam do przekazania i… sprawa jest już na takim etapie, że poradzić sobie z nią trudno. I to nawet mecenasowi w „realu”.

Niestety obrót prawny to taka dziedzina, w której na wszystko trzeba zwracać uwagę. Na upływ terminów, na specyficzne, konkretne słownictwo, na to, jakie konsekwencje prawne pociągają za sobą nasze działania, nawet jeżeli sobie tego nie uświadamiamy.

Wśród adwokatów krążą opowieści o sprawach, które zostały sromotnie przegrane, a nadawały się na spektakularny sukces, gdyby… osoba (klient) wcześniej przyszła po pomoc i dała sobie szansę na pozytywne zakończenie.
Warto zatem zajrzeć do Adwokata lub do adwokata. Warto zapytać, upewnić się i mieć spokojną głowę i rzetelną wiedzę. Warto skonfrontować mecenasa Google’a z żywym adwokatem.

O autorze artykułu

Katarzyna Effort-Szczepaniak
Katarzyna Effort-Szczepaniak
Adwokat, członek Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie. Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji UŁ oraz Podyplomowego Studium Prawa Europejskiego. Mediator Centrum Mediacyjnego Naczelnej Rady Adwokackiej, stały mediator z listy Sądu Okręgowego w Warszawie i Sądu Okręgowego Warszawa-Praga w Warszawie. Wykonuje zawód adwokata w ramach Konsorcjum Kancelarii :2K w Warszawie i Łodzi. Prowadzi mediacje gospodarcze i cywilne. Uczestniczka szeregu międzynarodowych i krajowych konferencji oraz szkoleń z zakresu polubownych metod rozwiązywania sporów (ADR).